history
smar sw . punk . anarchia

smar sw . punk . anarchia

Początek to 1987 rok, wtedy to poznałem Sikora i zaczęliśmy interesować się ruchem punk. Wcześniej słuchaliśmy metalu ale brakowało nam w tym jakiegoś przesłania, a niewiele tego było poza ostrą muzyką. Sikor nagrał gdzieś z radia dwa utwory Exploited i to było to. Poznaliśmy w międzyczasie Sezona ale on wahał się dość długo co do zmiany zainteresowań muzycznych (stąd ta ksywa). Spotkaliśmy też na swej drodze Mixera, człowieka, który był główną siłą napędową rzeszowskiego ruchu anarchistycznego. On to skierował naszą fascynację ruchem punk w kierunku takich kapel jak Crass i Conflict jak i w stronę anarchizmu. Zaczęliśmy być aktywnymi uczestnikami takich ruchów jak WiP (Wolność i Pokój) i Międzymiastówki Anarchistycznej (dzisiejsza Federacja Anarchistyczna). Mieliśmy też to szczęście , że mieszkaliśmy niedaleko klubu "o to chodzi", było to prężnie działające miejsce wielu koncertów i innych wydarzeń kulturalnych, najbardziej legendarny klub w Rzeszowie. Miały tam próby takie zespoły jak 1984 i one million bulgarians. Spędzaliśmy tam mnóstwo czasu słuchając ich muzyki. Myślę, że to i udział w wielu dobrych koncertach jakie się wtedy odbywały w Rzeszowie sprawiło, że zaczęliśmy myśleć o własnym zespole. W międzyczasie poznaliśmy Ninje, który właśnie przeprowadził się do Rzeszowa. Było nas czterech, czyli w sam raz na zespół. Po jakimś koncercie zabraliśmy popękane blachy i zużyte błony od perkusji, ponaciągaliśmy to na to co było pod ręką i tak powstała nasza pierwsza perkusja. Pożyczyliśmy od znajomego gitarę elektryczną marki Kosmos i podpięliśmy ją do radia marki Ludwik i tak powstał nasz pierwszy piec do gitary. Udałem się do swojego starszego brata, który coś tam pogrywał na gitarze i powiedziałem mu, że mamy zespół punkowy i żeby mnie nauczył grać na gitarze. Powiedział mi: "ze nie będzie mnie uczył bo jak chce grać punk to będę śpiewał piosenki w stylu nie ma piwa kurwa mać". No i tak powstał nasz pierwszy tekst a grać zaczęliśmy się uczyć sami.

Od samego początku największym naszym problemem był brak sprzętu do grania i miejsca na próby. Ktoś ze znajomych powiedział nam, że w przychodni leczenia uzależnień jest kompletny sprzęt do grania i to na wysokim pozimie jak na ówczesne czasy. Tak więc zaczęliśmy uczęszczać na terapię. Ale terapia niewiele nas obchodziła i coraz więcej czasu przeznaczonego na leczenie wykorzystywaliśmy do grania. Trwało to kilkanaście tygodni nim terapeuta kapnął się, że robimy z niego idiotę a generalnie interesuje nas granie. No i wyrzucili nas bo nie chcieliśmy być pacjentami. Przenieśliśmy się na kilka prób do szkoły, do której chodził Ninja ale tam też nas zbyt długo nie chciano, bo dziwolągi, deprawują młodzież itd. Nie pozostało nic innego jak prosić rodziców o kupno najtańszego sprzętu. Gdy był już sprzęt przyjął nas pod swoje skrzydła Mixer, który miał dom w podrzeszowskiej Zwięczycy. Tam właśnie zaczął się kształtować nasz pierwszy materiał "W jedności siła", a długie dyskusje z Mixerem kształtowały nasze poglądy i rozwijały nasz anarchizm. W miedzyczasie współorganizowaliśmy wiele demonstracji i happeningów, które odbywały się w Rzeszowie. Jedną z najbardziej spektakularnych akcji było zajęcie i okupacja Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Ta i następne akcje spowodowały, że otrzymaliśmy lokal od miasta, gdzie powstało Stowarzyszenie Wolnej Kultury "ALTER EGO". Działał tam też WiP udzielając porad ludziom, którzy chcieli uniknąć służby wojskowej oraz biblioteka wolnościowa. Poza tym było wreszcie miejsce gdzie mozna było się spotkać i knuć przeciwko systemowi. Był to czas rozkwitu rzeszowskiego undergroundu i nie było najmniejszego problemu zeby na manifestacji czy happeningu pojawiło sie kilkaset osób. Lecz nic co dobre nie trwa wiecznie.

Przyszła moda na hard core. U co niektórych na stright edge. Zaczęły się podziały. Z jednej strony licealni "intelektualiści", "pozytywni" ( jako kontra do "negatywnego" no future punków) hard coreowcy a z drugiej tzw."dworcowe punki" (ze względu na to, że w większości byli to zamiejscowi ludzie i z racji tego dużo czasu spędzali na dworcu). Przez jakiś czas próbowaliśmy być pomostem pomiędzy tymi grupami ale w końcu wybraliśmy "dworcowych". Zaczęto nas ignorować przy organizowaniu wszelkich akcji i coraz częściej ( ze względu na ortodoksyjny pacyfizm "pozytywnych" ) służyliśmy jedynie jako ochrona przed menelami i gitami na manifestacjach. Problem ideologiczny polegał na tym, że nasi "pozytywni" koledzy na fali tzw. "pozytywnych programów" chcieli stworzyć jakiąś konkretną alternatywę dla systemu, która w naszym rozumieniu, byłaby tylko kolejnym systemem, tyle, że ustanowionym przez nich. Dla mnie sama negacja systemu już jest alternatywą i nie trzeba wymyślać "jedynie słusznych" rozwiązań dla wszystkich. Zresztą działo się wtedy podobnie w całej Polsce i niejeden zin pękał od gorączkowych polemik na ten temat. W ramach prowokacji zaczęliśmy określać gatunek granej przez nas muzyki jako adolf hitler hard core. Przyszedł czas na pierwszy koncert. Było to 17 maja 1990 roku w osławionym klubie "o to chodzi" razem z węgierską grupą Trottel. Braki w umiejętnościach technicznych i tremę wynikającą z pierwszego występu nadrabialiśmy stopniem najebania. Kilka z naszych prowokacji dla niezorientowanej w rzeszowskich realiach wokalistki Trottela wydało się propagowaniem faszyzmu i zrobiła nam "dobrą" prasę w paru zinach. My zaś ośmieleni pierwszym wstępem zaczęliśmy myśleć o następnych. Jednym z ciekawszych był koncert w podrzeszowskiej Świlczy. Nadmienić tu muszę, że w tamtym czasie nie było w Rzeszowie wogóle skinheadów a ich rolę przejęli metalowcy i notorycznie dochodziło do starć na ulicach z coroczną wielką bitwą na pierwszy dzień wiosny. Wracając do koncertu okazało się, że na koncert przyjechał tylko nasz znajomy Irek ze swoją dziewczyną (reszta się bała) no i całe zastępy faszyzujących metali. Myśleliśmy, że nie ujdziemy z tamtąd z życiem, mieliśmy już spierdalać ale stwierdziliśmy, że zagramy właśnie dla Irka i jego dziewczyny. I jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się że spora część owych metalowców zaczęła również bawić się na koncercie mimo, że ich szefowie im tego zabraniali. Tym, że nie spierdoliliśmy wyrobiliśmy sobie szacunek u tych skurwieli i spokojnie mogliśmy z tamtąd wyjechać.

Graliśmy dużo prób i coraz wiecej koncertów. Zespól zaczynał być znany w coraz szerszym kręgu. Na wspomnienie zasługują tu wspaniałe koncerty: 27 kwietnia 1991 roku ze znakomitym niemieckim zespołem Sumpfpapste i warszawskim Dreschmaschine, 24 sierpnia 1991 roku na Punk Piknik w Ciechanowcu ( tam to się działo) i 14 września 1991 roku we Wrześni pod Poznaniem gdzie nagraliśmy pierwszą naszą kasetę "Wszyscy jebnięci są nasi". Wydaliśmy ją sami w nakładzie 50 sztuk. Ciekawostką był mój i Sikora wyjazd do Bielska Białej na koncert Chaos UK. Zaprawiliśmy się po drodze dość dobrze, utknęlismy w Krakowie i tylko dzięki pomocy dwóch fajnych dziewczyn ledwo zdążyliśmy na koncert. Tam okazało się, że przechlaliśmy całą kasę i nie mamy nawet na bilet. Na szczęście dla nas okazało się że jakiś zespół, który też miał tam grać nie dojechał i skitowaliśmy organizatorów, że jesteśmy tu całym zespołem i możemy zagrać zamiast tamtego zespołu. Wprowadziliśmy kilku znajomych, którzy też nie mieli kasy, jako członków zespołu i kontynuowaliśmy zabawę już w środku. Problem zaczął się kiedy okazało się, że za niedługo mamy grać a byliśmy w takim stanie, że nie moglismy sobie przypomnieć nawet tytułów samych kawałków nie mówiąc o tym co tam grać. Nastąpiła jednak pełna mobilizacja i zagraliśmy we dwóch całkiem dobry koncert, ciepło wspierani przez publikę. Pod koniec roku poznaliśmy Janusza Krzeczowskiego z Krakowa, który miał kontakty z wydawnictwem "fala", spodobało mu się bardzo nasze granie i zaprosił Jacka właściciela "fali" na nasz koncert 18 stycznia 1992 roku do Rzeszowa, oczywiście do klubu "o to chodzi". Graliśmy tam wtedy z zespołem Kolaboranci. Jacek zarejestrował ten koncert i to właśnie z niego pochodzi słynna kaseta "koncert na zalesiu". Jackowi się to spodobało i nazajutrz pojechaliśmy do Krakowa nagrywać naszą pierwszą płytę. Studio "fala" to był jeden pokój w domu Jacka i sześciośladowy magnetofon, ale dla nas i tak był to raj. W dwa dni wspomagani dobrą konopią i obecnością naszego przyjaciela Koraba nagraliśmy dwadzieścia utworów i tak powstała "W jedności siła". Płyta sprzedała się w kilku tysięcznym nakładzie i wkrótce byliśmy znani w całej Polsce.

21 marca 1992 roku zagraliśmy legendarny koncert w hali Korony w Krakowie. Było tam z tysiąc osób z tego połowa z naszywkami niszcz nazizm ale weszła grupa 10 skinheadów, kibiców Cracovi, chodzili kopali ludzi i pluli im w twarz ale nikt nie reagował. Nie mogliśmy tego za bardzo zrozumieć i podczas naszego koncertu zaczęliśmy ich wyzywać a chwilę później nie wytrzymałem i kopnąłem ze sceny jednego z nich, zaczęła się mała zadyma ale ochrona opanowała sytuację. Łysi zapowiedzieli nam, że nie wyjedziemy żywi z Krakowa a po koncercie zgłosiło się do nas ze sto osób, żeby ich odprowadzić do domu bo oni się boją a my jestesmy tacy odważni. Kurwa, sami się baliśmy. Stwierdziliśmy, że będą nas szukać na dworcu głównym więc pójdziemy na stację Kraków Płaszów. Czekaliśmy na pociąg do Rzeszowa zostało nas z osiem osób, łysi się nie pojawiali a minęła północ wiec zaczęliśmy świętować moje urodziny. W końcu przyjeżdża pociąg, my wsiadamy, a tu się okazuje, że w środku są te skurwysyny uzbrojone w kije beasbolowe, no i zaczęło się. Myślę, że tylko dlatego, że była to walka na śmierć i życie, spóściliśmy, tym dwa razy większym od nas chujom, taki wpierdol, że przez miesiąc nie chodzili na mecze bo im wstyd było jak wyglądają. Od tego momentu byliśmy bohaterami w Krakowie i przysporzyliśmy sobie śmiertelnych wrogów wśród skinheadów, co odbijało się za każdym razem kiedy graliśmy później w Krakowie. Ta i inne akcje plus dokonania naszych przyjaciól z "dworcowych" przyczyniły się do powstania legendy żółtych sznurówek tzw."łowców skinów". Zresztą na większości koncertów w tamtym czasie były zadymy z naziolami.

Jako, że zespół był już znany stwierdziliśmy, że czas zagrać w Jarocinie. Pojechaliśmy na przesłuchania zespołów , które odbywały się tydzień przed festiwalem. Panowała wtedy w Jarocinie cudowna atmosfera. Przyjeżdżały świetne załogi z całej Polski, a nie było tego całego bydła, które się zjeżdżało się na sam festiwal. Nie obowiązywała prohibicja, tak jak w czasie festiwalu więc cały tydzień odbywały się biesiady do białego rana. Zero krojenia, zero mordobicia, zero worków z klejem, poprostu miasto punków i innych wolnościowców. Ale wracając do przesłuchań. Jarocinem wtedy kręcił Owsiak i Chełstowski. Na Przesłuchaniach grało się dwa kawałki albo dziesięć minut. Zainstalowaliśmy się na scenie i zaczęliśmy grać, zaspana sala zaczęła się bawić, rozkręciło się niezłe pogo. Stwierdziliśmy, że przy Owsiaku i tak nie mamy szans się zakwalifikować na festiwal więc zrobimy koncert tu i teraz. Nie reagowaliśmy na jego wrzaski, że nasz czas minął i graliśmy dalej, W końcu jebany wyłączył prąd. Wkurwił nas, bo fajny koncert się z tego zrobił i ludzie zaczęli się bawić, no ale wyłamaliśmy się z normy i regulaminu. Ma szczęście, że nam nie wpadł wtedy w ręce ale o mało co nie dostało się Chełstowskiemu, którego parę dni później pomyliliśmy z Owsiakiem, a byliśmy w takim stanie, że długo musiał się tłumaczyć, że on to nie Owsiak. Mimo wszystko zagraliśmy w ostatnim dniu festiwalu w "koncercie odrzuconych" na małej scenie. Na tamtym Jarocinie poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy się ze świtną załogą z wybrzeża - Twierdza Gdańsk - pozdrawiam was serdecznie. Z tamtego czasu utkwił mi jeszcze szczególnie w pamięci koncert 9 stycznia 1993 roku w Gdyni - Rumii. Był to nasz pierwszy koncert na wybrzeżu. Atmosfera była niesamowita, trzy mikrofony cały czas w publice cała sala śpiewa wszystkie teksty. A po koncercie razem wpierdoliliśmy bandzie nazioli, która nas napadła na dworcu - urghhh!

Tak więc nastał rok 1993, zaczęliśmy robić materiał na nową płytę, dużo wcześniej Mixer wyjechał z Polski i borykaliśmy się tradycyjnie z brakiem miejsca na próby. Kiedyś jak liczyliśmy okazało się, że graliśmy próby w trzydziestu kilku miejscach. W tamtym roku postanowiliśmy, że nie będziemy jechać grać do Jarocina, a tylko w celach czysto towarzyskich. Jak zwykle pojawiliśmy się tydzień przed festiwalem, ale tym razem okazało się, że Jarocinem kręci Kuba Wojewódzki (ten od idola) i postanowił, że na trzydniowym festiwalu, na dwóch scenach, wystąpią tylko dwie punkowe kapele Włochaty i Liberum Veto. Na dodatek głównym sponsorem Jarocina były firmy: Marlboro i Pepsi Cola. Wprowadzenie korporacyjnych sponsorów połączone z promowaniem muzycznej popeliny, wyrugowanie z festiwalu muzyki niezależnej, która jak dotąd stanowiła sens jego istnienia, coraz większa komercjalizacja - tego było za wiele. Ludzie byli wkurwieni, a najczęściej skandowanymi hasłami były: "oddajcie nasz festiwal" i "Kuba Wojewódzki to kutas nieludzki". Po występie Włochatego i Liberum Veto, Einstein (wokalista Liberum Veto) powiedział ze sceny, że cały zespól SMAR SW jest w Jarocinie i jak ludzie będą chcieli to zagramy. Kilkudziesięciominutowe skandowanie trzech tysięcy ludzi i okupacja sceny sprawiły, że organizatorzy obawiając się zamieszek zgodzili się na występ za kilka godzin. Pożyczyliśmy instrumenty i zrobiliśmy sobie próbę na sucho. W końcu nastał czas koncertu, atmosfera była od początku napięta. Zaczeliśmy grać, ludzie wspinali sie na scenę i po chwili było zajebiste pogo. Koncert trwał i naprawdę była w jedności siła, ludzi przybywało i organizatorzy obawiając się o sprzęt powiedzieli, że albo ludzie zejdą ze sceny albo przerwą koncert. Poprosiliśmy ludzi by usiedli bo zadepczą sprzęt i nie będzie grania. Ludzie usiedli i kiedy wydawało się, że wszystko jest ok, na scenę wpadli ochroniarze i zaczęli ludzi spychać ze sceny w prawie dwumetrową betonową fosę, oddzielającą scenę od publiki. Ochroniarze uzbrojeni byli w kije beasbolowe, łańcuchy i nogi od krzeseł. Kiedy zepchnęli ludzi ze sceny, posypał się na nich grad kamieni i wszystkiego co ludzie mieli pod ręką. Rozpoczęła się regularna bitwa, w której ochroniarze dostali solidny wpierdol. Wtedy do akcji wkroczyła ciężko zbrojna policja, idąc kordonem i napierdalając wszystkich po drodze, obojętne czy ktoś brał w tym udział czy nie. I ochroniarze z pianą na pyskach zaczęli się mścić na ludziach bijąc wyjątkowo brutalnie. Jako ochraniarze, wtedy w Jarocinie zatrudnieni byli kolesie z klubów kickboxerskich, judocy i zapaśnicy z okolicznych klubów sportowych, studenci wrocławskiego AWF, uczniowie Poznańskiej Wyższej Szkoły Kwatermistrzostwa i skinheadzi z fanclubu Lecha Poznań. Ich szefem był starszy facet (uratowaliśmy go przed linczem), który owszem znał się na rzeczy ale wogóle nie panował nad swoimi ludźmi, którzy byli tak wyschizowani napiętą sytuacją, że nie wytrzymali i zaatakowali spokojnie siedzących ludzi. Bilans tego zajścia to kilkadziesiąt rannych ludzi, wielu ciężko, kompletnie rozjebana scena i sprzęt a to wszystko z dwóch powdów: nie liczenia się z ludźmi i zatrudniania bandytów jako ochroniarzy. Kto tam był, wie jak było. Oczywiście próbowano nas obciążyć odpowiedzialnością za całe zajście, a media? - cytuję gazetę wyborczą: "Protesty kilkuset punków, którzy wywołali zamieszki na Małej Scenie protestując przeciw komercjalizacji Jarocina i udziałowi Marlboro, pozostają głosem hałaśliwej mniejszości, która przestanie w końcu mieć wpływ na organizatorów. Festiwal staje się imprezą komercyjną a ideologia czy akcje charytatywne stały się dla Jarocina balastem słusznie odrzucanym przez tegorocznych organizatorów". Nie ma co się dziwić, dzisiaj wyborcza potrafi usprawiedliwić wojnę w Afganistanie czy Iraku a przeciwników tych wojen i ludzi walczących z okupacją swojego kraju nazwać też "hałaśliwą mniejszością"

Po Jarocinie nagraliśmy następną płytę "Walczmy o swoje prawa". Z powodu braku tzw."niezależnego" wydawcy, płytę wydała firma Silverton. Płyta ta sprzedała się w ilości około 50 000 sztuk i jest to rekord jeśli chodzi o nagrania punkowe w tym kraju. Napewno przyczyną tego były wydarzenia w Jarocinie i to, że przez kilka dni byliśmy na pierwszych stronach gazet i dzienników telewizyjnych. Nas cieszyło to, że tylu ludzi może posłuchać naszych textów i muzyki. Szkoda, że żadna "niezależna" wytwórnia nie zdecydowała się na wydanie tej płyty bo mogłaby nieźle podreperować swój budżet. Szkoda też, że tzw."scena niezależna" okrzyknęła nas wtedy komercyjnymi świniami tylko dlatego, że Silverton był dystrybutorm naszych kaset. Może szanowni wodzireje tzw. "sceny niezależnej" zastanowili by się: w takim razie gdzie mieliśmy wydać płytę skoro wyście jej wydać nie mogli ze względu na poprawność wobec obowiązujących w owym czasie trendów w "waszej" scenie. Ale o tym napiszę szerzej później. Na szczęście ludzie mają swoje mózgi i nie wszyscy podzielali zdanie kolesi od poprawności scenicznej. 16 września 1993 roku zagraliśmy wykurwny koncert z angielskim zespołem Herb Garden w Katowicach. Ludzie metr od nas w szaleńczym pogo, mikrofony w publice, a stalowe dziesięciocentymetrowe rury oddzielajace nas od siebie pękły po trzech kawałkach ( szef klubu śmiał się później, że wszystkie dotychczasowe koncerty wytrzymały i Kat-a wytrzymały a na nas padły). Na przełomie roku 1993/94 zagraliśmy parę dobrych koncertów min. w Otwocku ze starymi znajomymi z zespołu Jezus Chytrus Oi, w Głubczycach z Liberum Veto i w Działoszynie. 26 lutego 1994 roku zagraliśmy w Tczewie to był ostatni koncert z Ninją. Wyrzuciliśmy go z zespołu, bo zaczął przejawiać faszystowskie odchyły, jego wizje ruchu punk coraz częściej przypominały wojsko, oczywiście z nim na czele, jako jednym z generałów. Poza tym, chcieliśmy się rozwijać tak w warstwie tekstowej jak i muzycznej. W tekstowej, ze zrozumiałych względów mieliśmy coraz mniej współnego, a w muzycznej Ninja chciał zostać na etapie "Walczmy o swoje prawa", my szliśmy już w kierunku następnej płyty "Świadomość".

Ninje zastąpił Kaktus jeden z pierwszych punkowców w Rzeszowie, a do tego bardzo dobry basista. Praca nad nową płytą ruszyła pełną parą. Zagraliśmy kilka koncertów i przyszedł czas na Jarocin 94 (ostatni). Tym razem byliśmy zaproszonym gościem, traktowali nas jak jajko. Dostaliśmy hotel i samochód z kierowcą do dyspozycji. Wszystko, tylko, żebyśmy nie byli niezadowoleni i czasem nie przyszło nam do głowy robić powtórki z zeszłego roku. Tylko, że tym razem zadyma wynikła bo gliny postanowiły zatrzymać kolesia, który przypalał lufkę i nie chcieli go wypuścić z suki na prośby kolegów. Doszło do zamieszek, sprowokowanych przez policję, w wyniku których blisko 70 osób zostało rannych, w tym 40 policjantów. Wybite szyby i uszkodzone budynki na długości 30 metrów. Zdemolowane 3 samochody policyjne i 3 cywilne, które służyły za barykady. Wyrwane płyty chodnikowe. Walki uliczne trwały prawie 2,5 godziny. Do pacyfikacji skierowano oddziały prewencji w sile 271 policjantów, wyposażonych w pałki i amunicję gumową. Na drugi dzięń kiedy poszliśmy na konferencję prasową, żeby posłuchać czy i w tym roku media całą odpowiedzialność zrzucą na "hałaśliwą mniejszość", zostałem porwany przez trzech osobników w cywilu i wrzucony do nieoznakowanego samochodu. Pomyślałem, że jednak ktoś zdecydował, że mamy nie grać w tym roku. Dopiero po dwóch godzinach w jednym pokoju z kilkunastoma wkurwionymi gliniarzami, którzy na wszelkie sposoby próbowali mnie złamać, okazało się, że jestem oskarżony o strzelanie z ostrej amunicji do policjantów i zajęło mi następne dwie godziny żeby im udowodnić, że tym razem hehe to nie ja. Ale miałem okazję poznać jak gliny traktują ludzi, którzy podnieśli na nich rękę i na jakich podstawach stawia się zarzuty jak dobiera świadków itd. Sam koncert upłynął bez sensacji, zagraliśmy sprawnie nowy materiał, publiczność była trochę zawiedzina, że nie gramy starszych kawałków, ale my żyliśmy wtedy naszą nową muzyką, a poza tym punk to nie koncert życzeń. Zagraliśmy do końca roku jeszcze parę koncertów min. 15 listopada w Katowicach z Oi Polloi.

W grudniu 1994 roku przyszedł czas na nagranie nowej płyty "Świadomość". Wybraliśmy studio SPAART w podrzeszowskiej Boguchwale, pracował tam wtedy jeden z najlepszych polskich realizatorów dźwięku Andrzej Karp. Bardzo dobrze nam się współpracowało i w ciągu sześciu dni mieliśmy gotowy materiał. Jest to według mnie najlepiej zrealizowana nasza płyta. I tu wrócę ponownie do tzw. "sceny niezależnej". Chcieliśmy tę płytę wydać w jakiejś "niezależnej" wytwórni bo na poprzedniej zarobił tylko Silverton, my kupiliśmy sobie za nią jedynie lepszy sprzęt do grania a to stanowiło ułamek zysków ze sprzedaży. Rozesłaliśmy materiał do wielu wytwórni i przyszła do nas całkiem obiecująca odpowiedź z qqryq productions, zacytuję Pietię: "Materiał jest zajebisty. Jestem zainteresowany ale z decyzją muszę poczekać na decyzję wspólnika.". No i się nie doczekaliśmy, bo wspólnik Zbyszek bał się jak zareaguje "scena niezależna", na to, że oni, qqryq wydają takie kapele jak my. Czekaliśmy pół roku, w końcu, chcąc zająć się następną płytą i odzyskać kasę, którą wyłożyliśmy na studio materiał powędrował ponownie do Silvertonu, oni nie marudzili. Wybiegnę tu trochę do przodu, ale chcę zamknąć już ten temat. Kiedy rok później zgłosiłem się ponownie do qqryq, tym razem z płytą "Samobójstwo", musiałem ich bardzo długo przekonywać, żeby przestali schlebiać gustom tzw. "sceny niezależnej", a zaczęli wydawać taką muzykę, która im samym się podoba. Wreszcie się zgodzili, ale jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że wydaniu płyty towarzyszy taka oto ulotka:"jeśli jesteś nadętym działaczem sceny niezależnej - lepiej posłuchaj zanim ironicznie się uśmiechniesz, jarocińskie jabcoki to już przeszłość. SMAR SW postawił na rozwój, ich pożegnalny materiał to miód dla uszu amatorów ciężkiego grania, zakręconego czadu, mroczne poetyckie teksty, ciemna strona cywilizacji". Jakie jarocińskie jabcoki? Co z zachwytem nad poprzednią płytą? Nic, okazało się, że "niezależna wytwórnia" jest zależna od swojej własnej klatki i musi się tłumaczyć właśnie "nadętym działaczom", zdając sobie sprawę, że nasz obraz w tej "scenie" wykreowali właśnie "nadęci działacze" i to w oparciu o plotki, bo jako "nadęci działacze" nie mogli przecież przyjść na nasz koncert albo posłuchać naszych płyt. I na koniec jeszcze, nigdy nie otrzymałem od qqryq rozliczenia za płytę "Samobójstwo", a materiał zwrócili mi po 6 (słownie: sześciu) latach od wygaśnięcia licencji na wydawanie. Całkowita "niezależność" od umów. Miałem okazję poznać obie sceny "zależną" i tą "niezależną" i mogę powiedzieć o tym jedno - te sceny niczym się od siebie nie różnią, za wyjątkiem tego, że ta pierwsza obraca większymi pieniędzmi. Dlatego nigdy, nie chcieliśmy być w żadej z nich, chcieliśmy być po prostu SMAR SW i to nam się udało.

Wybiegłem do przodu, a po drodze było jeszcze parę zdarzeń. Po nagraniu "Świadomości" zagraliśmy z Sikorem jeszcze kilka koncertów, ale postanowił on zostać na stałe w Amsterdamie gdzie od pewnego czasu jeździliśmy. Warunki życia i grania tutaj w Polsce dla takich ludzi jak my były dość ciężkie. Mieliśmy zostać tam razem, ale stwierdziłem, że spróbuję jeszcze z jedną płytą. Sikora za bębnami zastąpił Słoniu nasz stary znajomy, praca nad materiałem przebiegała rewelacyjnie, mieliśmy do dyspozycji o każdej porze dnia i nocy dom na próby i graliśmy je tak często jak nigdy wcześniej. Czuliśmy, że powstaje nasz najbardziej przemyślany materiał. Zagraliśmy kilka koncertów. Jednak okazało się, że płyta wybiega zbyt do przodu, jak na owe czasy i została doceniona dopiero za kilka lat. Nagrań dokonaliśmy w czerwcu 1996 roku w studio SPAART niestety tym razem z kiepskim realizatorem. Szkoda, bo płyta jest bardzo gęsta i mogła zabrzmieć o wiele lepiej, ale i tak jest w niej oddany nasz duch tamtych dni. Postanowiliśmy, że "Samobójstwo" będzie też, samobójstwem SMAR SW i zakończylismy działalność jako zespół.

stay strong... stay punk...

yogi

device: computer
country · city: US · Ashburn
browser: Unknown 0 · platform: Unknown
CCBot/2.0 (http://commoncrawl.org/faq/)
counter: 666999 · online: 666
created and powered by:
www.RobiYogi.com - Professional Responsive Websites
00:00
00:00
close